dzieje się…

raptem 72 h od wyjazdu z domu, ale dzieje sie…:)
przygoda zaczela sie w momencie, gdy samolot ze Lwowa do Stambulu mial 1,5 h opoznienie i na styk zdazylismy na lot do Biszkeku.

Po przylocie kupno kirgiskiej karty SIM (kontakt) i telefon do siostr zakonnych u ktorych w 2010 roku po motoleopardzie – zostaly dwie moje beczki ze sprzetem, gazem i jedzeniem. No i oczywiscie Olympusy :)Umowilismy sie na wieczor.

Kolejny pkt „programu” to ”odwietki” w konsulacie…a tutaj P. Ajgul…pokazala i wyjasnila w 3h tyle ile ja nie zobaczylem bedac dwa razy wczesniej w Biszkeku czy to na rowerze czy na motocyklu.

Prosto z konsulatu do hostelu o kt. moge pisac tylko w samych superlatywach:) Stad poszlismy na msze do kosciola po ktorej odebralismy moje beczki. Zamiast wziac marszrutke(nie wiedzielismy ktora jechala do hostelu) to tachalismy 20sto kilowe plastiki na glowach…ale traktowalismy to jako rozgrzewke i forme „aklimatyzacji”, wiec nie bylo marudzenia:) W koncu jestesmy na prawie 1000 m n.p.m. Poki co pulsoksymetr pokazuje natlenienie krwi 98%, tetno spoczynkowe 60 uderzen na minute:) Jest ok:)